Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2020

Bajka-nie-bajka

Opowiem ci o słabościach. 
Tak, właśnie ja - jestem silna i dlatego opowiem ci bajkę. Taką od serca, co się dzieje dzień po dniu. W bezradności toczona czasem krzykiem, co potrafi pękać najgrubszymi ścianami po cichu wielkiemu tak, że słychać oddech świerszcza. Opowiem ci bajkę jak kochać można całym sobą po kres, a jednak jak to za mało. Bo czasem taka miłość nie wystarcza. By poskładać wszystkie pióra i dać możliwość pójścia za rękę z samym sobą. By naprostować stopy do krzywych dróg, jakich kręte ścieżki wciąż wyznaczają azymut do nie-wiadomo-czego. Opowiem ci bajkę o tym, jak istotne są czasem okruchy, co spadają ze stołu i wtedy trzeba padać na kolana i zbierać łapczywie te wszystkie migotania duszy, w których oddychasz pełną piersią. Bo to jedynie chwile. Dla których warto.
Opowiem ci bajkę o tym, jak można zapomnieć - te wszystkie księżyce, wschody i zachody słońca, i spotkania, połamania kół na równej drodze, rozczarowania, i zwątpienia, skorupy uczuć, po-wybuchy emocji, a przede wszystkim ludzi, tych ludzi, co to człowiekowi nie są ludźmi.
Opowiem ci bajkę o rozpaczliwym szukaniu słuchacza, który pomieści miliony słów wystrzelonych niczym bańki mydlane z maszynki na rynku ku uciesze dzieci. Które tylko klaszczą w dłonie i czekają, by łowić kolor dalej... bez konieczności usprawiedliwień. Po prostu. Bo jest. Jak różowe słonie w stadach i niebieskie migdały rozbryźnięte na niebie pod stopami. Dla tych co widzą.
Opowiem ci o wrażliwości bajkę szczególną. O tym jak dostanie po mordzie wielokrotnie traktowana jak wahadłowe drzwi, przepustka do innego świata, po której każdy będzie chciał przejść butami zbyt ciężkimi. O wrażliwości wystawionej na licytację po lubię-nie-lubię w kolejce do lepszych dni, które nie nadejdą, bo to tylko ułuda ulepszonego ekranem świata. O tej wrażliwości, co karmiona bólem będzie patrzeć w zło i gubić włosy ze zgryzoty, że nie tak miało być. Bo gdzie ziemia obiecana i łany zboża do wypieku chleba potem, co go można położyć ciepłem na stół, a teraz patrzą wytrzebionym polem pełnym suchego piachu rozsypanego po klawiaturze życia...
Opowiem ci o wszystkich za i przeciw, które nie wyczerpują nigdy możliwości ani ograniczeń, taką bajkę o złudzeniach, które karmią dożylnie niczym kroplówka chorego, tyle że czasem brak właściwej diagnozy. I chorego brak. Jest tylko ociemniały z wyłupanymi na rzeczywistość oczami... Opowiem ci o ocenach, pieczątkach, etykietach, które wszyscy i zawsze agrafką przypinają do skóry samej w duszy i tkwią tam tatuażem na lustrze, w którym nie ma odbicia ciebie.
Opowiem ci więc bajkę o tym również jak trudne jest przebaczenie, którego trzeba w sobie szukać. Przebaczenie... Tym wszystkim, którzy nieśli nasze zaufanie w koszu wypchanym po brzegi po to, by się nim bawić jakby to była nakręcana pozytywka, której melodia za każdym razem pojawi się wtedy, gdy kluczyk dokona pełnych obrotów. By odkręcić źródło wiary ponownie, gdy nadejdzie kaprys. Na zabawę... 
Opowiem ci bajkę o tym wszystkim i kiedy jej wysłuchasz po prostu się przytul.


 Jake Hill & Josh A 
Suicidal Thoughts

 Tekst utworu z tłumaczeniem  tutaj

czwartek, 21 listopada 2019

Żyletka

Wstań, ubierz się, umyj, idź, zrób coś ze sobą... słowa obce pełne liter, bez zawartości środka. Przystawione piętnem pieczątki właściwego mniemania o tym, co trzeba, powinnam, muszę. Urosłe tak bardzo, gdzieś obok zupełnie mijaniem jak krajobrazy w szybie jadącego pociągu. Nie mój tor. Może spóźniłam się na ten odpowiedni pociąg... 
Wszyscy wiedzą jak się zachowywać, co robić... tylko ja nie potrafię schylić się po znaczenie tych wyrazów w zdaniach rzuconych w moją stronę rękawicą.
Czynności puste. Niedobór. Środek pełny. Nadmiar. 
Cięcie.
Zapinam skurcz uśmiechu na twarzy - jest dobrze. Słyszę oddech ulgi z płuc okolicznych ludzi, bo nic nie trzeba. Nie trzeba się martwić, organizować, opiekować się. Bo przecież jest dobrze. Jest dobrze - jak spinka do włosów kolorowym diamencikiem włożona w oczy i już nic nie burzy fryzury. Ułożona i tak jak ogół nie kłuje po uczuciach smutkiem. Twarz nawykła do pracy mięśni, usta rozciągnięte w ozdobie - jest dobrze. Bo przecież radość jest...
A ja. Mijam. Obok. Życia.
Cięcie.
Kup sobie coś, będzie ci lepiej. Coś... trzy pojemne litery nieznaczące nic. Lub zjedz czekoladę, bo wydziela endorfiny. No zrób coś wreszcie. Robię więc. Chyba... Łykam posłusznie, jak tucznikowa gęś, kostkę czarną od zawartości wysokiej kakao i czekam... ale moje endorfiny najwyraźniej nie wiedzą o tym, że powinny się wydzielić jakoś zauważalnie. A może umysł śpi... lub zredukował się i teraz jest tylko bezkształtną masą na obraz i podobieństwo ciała, które wypełnia. 
W jaki sposób kupić/zrobić życie?
Cięcie.
Fajnie się z tobą rozmawia, zawierasz w sobie tyle zainteresowań i masz potencjał. Kobiecości potencjał - ot co - budzi zmysły tak, że aż chce się poznać ciebie, nie zaważając na nic. Rozum mnie w tobie zachwyca. Jakie masz wymiary? 
Wymiary? Zastanawiam się. Bo nie wiem jakie wymiary ma mój umysł i czy w ogóle je ma, bo bezkształtnie jestem w środku rozlana rzeką bez brzegów.  Nie wiem, nie potrafię zmierzyć - może gdybym miskę miała pojemną i zanurzyła...
Nie powiesz? No tak - więc jesteś gruba... nie mój target - sorry, znikam.
Patrzę w lustro. Brak odbicia...
Cięcie.
Zjedz coś, przecież nie możesz żyć powietrzem. Otwieram usta szeroko i chłonę resztkę tlenu ze smogu. Czuję jak krew transportuje go do moich kończyn - mogę chodzić. Nie chcę do końca, ale mogę. Ciało działa jakby poza moją świadomością, która skupia się tylko na tym, by oddychać. Męczące. Obrastam mniemaniem innych, co osiada na mnie jak kurz na meblach. Nie sprzątam, więc uginam się pod ciężarem coraz bardziej. Lepka od dotyku powinności skóra bywa w niektórych miejscach mnie zbyt cienka i przepuszcza. Do miękkości mojego człowieka, do mięsa lub nawet do kości to, co zostawia siniaki. Ustami innych ludzi, co wiedzą wszystko.
Ja wiem tylko, że nie umiem.
Cięcie.
Przecież nic ci nie jest, nie dzieje się źle. Powiedz coś, daj zrozumieć... przecież nie można tak się zamykać. Nie zamykam się. Mówię potokiem bez zatrzymywania o głupotach i zdarzeniach nieistotnych sprzed lat wydobytych z pamięci. Masa słów wylewa się lawą dusząc brakiem przystanku. Mówię zagłuszając, by zobaczyli. Widzą - jest znowu dobrze. Bardzo jest dobrze bez milczenia.
Stoję na zapadni, w tańcu, bez ruchu, czekając, aż się otworzy. Spadnę. Bez swojego udziału potoczę się w głąb. 
Cisza we mnie. Najgłębiej. Czerń.
Cięcie.
Ból. Nie chodzi o ból. Nie o karę, ani biczowanie. Chodzi o to, by zobaczyć. By ustanowić kreskę równą, z której wyleje się ulga. Czerwona i ciepła.  Stanie się powód bólu. I będzie się dział za każdym razem, gdy potem wejdzie w oczy postrzępiony zakrzepły brzeg skóry. Będzie prawdą. Namacalną. Tylko moją i tylko dla mnie. Schowaną przed obcym wzrokiem długimi rękawami dobrego samopoczucia. Zakryty obowiązek troski.
Istnieję. Na krawędzi.
Cięcie.

Tomasz Alen Kopera
https://www.facebook.com/tomasz.alen.kopera


niedziela, 1 kwietnia 2018

Wstyd

Co czułam? Jakie to emocje i ile bólu? Czy mogę to powiedzieć, przybliżyć, dać poczuć może jakimś zrozumieniem... jak to jest... czy mogę zważyć i odmierzyć rytmem serca tak by przekazać. Upiec ciasto słowem i dać zasmakować... by zaspokoić ciekawość. I dać więcej...

To prawda. Zrobiłam to. 
Zabiłam.

Zabiłam jak tylko mogłam najskuteczniej - do ostatniej komórki niszcząc. Do zupełnie końcowej oznaki życia – zabiłam. Z determinacją i w pozbawieniu człowieczeństwa – kładąc na szali całą swoją siłę na równi z rozpaczą i niemocą… utłukłam ścierwo jak tylko byłam w stanie. 
Pytasz jak to jest... i oczekujesz opowieści pełnej zacięcia, determinacji i dumy. A we mnie jest tylko wstyd, zniewolenie kolejnym gwałtem i pustka tamtych dni. Pełna pokonania i strachu. Przerażenie - tak wielkie, że wypełnia ołowiem każdą komórkę płuc i nie ma siły krzyczeć. Łzy? Po pewnym czasie nie ma nawet ich...
Nie czuję w sobie winy. Wcale. On był jak jemioła na drzewie rozrośnięty. Mój wróg przebiegły. Latami zapuszczał korzenie nie mówiąc nic. Ani słowem się nie zdradzidził, że ma zamiar, że chce, że jest oto tu i teraz. Nie uprzedził, że będzie kolonizować, zajmować moją własność i wysiedlać mnie, karczować, trzebić, torturować, pozbawiać wszystkiego… po prostu przyszedł. Po cichutku całkiem. Nie wiem skąd i nie wiem dlaczego, choć tyle razy zadawałam te pytania. Pojawił się i rozsiadł w mojej posesji jakby jego była.  Powoli, metodycznie, konsekwentnie i z pełną premedytacją dzień po dniu powiększał terytorium. Zagarniając jak typowy terrorysta bez pertraktacji. Każdy skrawek przestrzeni jaki miał na wyciagnięcie siebie zawłaszczał. Okruch po okruchu - nie pytał czy może tylko brał jak swoje. Nie. Początkowo nie bolało. Nie wiedziałam, że jest...
A potem któregoś dnia wyłączył mój mózg na chwilę. Nie do uwierzenia? Ale tak było właśnie, jakby włącznikiem światła zrobił pstryk i zapadła ciemność. Nie widziałam nic i nie słyszałam. Nie bałam się, bo przytomności nie miałam wcale. Na chodniku mijana ludźmi przechodzącymi z przyganą lub z odrazą – bo taka leży pijana… Nie podniósł nikt, nie przystanął, nie zastanowił się… Wyroki zostały wydane.
Wtedy pojawili się ludzie w białych fartuchach i obejrzeli debatując jak politycy. Radzili co ze mną zrobić. Ze mną! Nie z nim rozrośniętym ponad miarę co się rozpanoszył wprowadzając całą swoją rodzinę... Nie z nim... Ze mną! On w ukryciu sobie siedział i śmiał się w kułak patrząc na skutki swojej działalności… Potem zdecydowano rozpoznanie wroga. Wtedy poczułam pierwszy raz paletę czerni w sobie – jakbym była kieliszkiem wypełnionym winem o atramentowym odcieniu i z nutą goryczy smaku. Badania, wyniki, nowe metody... 
Pierwszy raz wyraźnie poczułam obecność – te obce komórki co kolonizowały mnie podstępnie, gdzieś w moim ciele. Zastanawiałam się, mimo tego całego bagażu strachu, czy można polubić niechciane. On bez zastanowienia wyszarpywał mnie egoistycznie. Ale przecież żył we mnie zrodzony moim ciałem - wypaczonym, zniekształconym, ale własnym...
Kiedy odebrałam wyrok napisany… czerń która we mnie była osiadła na ściankach kieliszka mojej duszy i spłynęła gęstym ulepkiem po ścianach wnętrza. Tworząc warstwę wytłumienia… nawet słońce się gdzieś wtedy skryło – może nie lubi barwić sobie palców atramentem. Limit czasu. Krótki - niech pomyślę o ważnych sprawach, bo potem może zabraknąć. Widziałam lusterko przed oczami i zobaczyłam też jego - mojego wroga. Niewidzialnego, ale ze mnie powstałego. Widziałam strach - obejmował mnie silniej jakbym była jego kochanką. Rozrósł się w gardle silną pięścią zaciskając obręcz na mojej szyi odciął dopływ tlenu. 
A on? On żył we mnie  zasiedlając nowe połacie tkanek. Nic sobie nie robił z tego, że w świetle i jawnie, że już wiem. Nie czuł żadnej różnicy – chciał tylko być i brać więcej. Za wszelką cenę. Mądrzy ludzie powiedzieli mi, żebym się poddała. Że silny jest zbyt i rozrośnięty mackami zajął moje ciało w takim stopniu, że stało się jego. Całkiem pozbawiając mnie aktu własności na siebie samą – bo przez zasiedlenie przynależnego ciała stałam się własnością cudzą. Bezwolna i posłuszna - jak wytłoczka, foremka do zapełnienia nie swoją treścią.
Wtedy coś we mnie pękło. Jakby napięta struna gitary przy strojeniu była zbyt mocno naciągnięta… płakałam czując, że mnie nie ma już. Nie istnieję zjedzona całkiem, przerobiona tylko na mutację tkankową. Złorzeczyłam całemu światu, przeklinałam, skamlałam, wyłam, krzyczałam do zdarcia gardła, do krwi, do bólu. Przeklinałam zapalczywie - cały słownik wyrazów niecenzuralnych zużyłam wielokrotnie, by w końcu zamilknąć bez słów zupełnie. A zaraz potem wpadłam w otchłań strachu… pogrążeniem. Płakałam... Obdzierałam się z resztek czegokolwiek co mogło przynieść siłę, wkładając w siebie tylko niemoc i brak przyszłości – limitem krótkiego dystansu dni policzonych. Przyszło wtedy cierpienie, przyszło zwątpienie tak silne, że oddech przestał wypełniać powietrzem a wlewał tylko smołę w płuca, przyszedł brak człowieka. Pokonana całkiem, pozbawiona kształtu siebie, wypełniona tylko nim – co nie potrafił okiełznać apetytu na mnie. Słaba tak bardzo… na kolanach i czołgając się w sobie powiedziałam – nie. W sobie głęboko, na samym dnie, odnalazłam źdźbło. Nasionko maleńkie, wątłe i kruche. Poczułam, że nie mogę, że nie dam się pozbawić planów, marzeń, myśli… przecież ja jeszcze tyle rzeczy miałam do zrobienia. Nikt mi w tym nie mógł przeszkodzić – nawet jeśli uważał się za niepokonanego. Nawet jeśli stawał się mną beze mnie.
Poszłam na tę wojnę wcale nie z wyboru. Z jego braku bardziej - nie wiedząc na co się porywam. Z całym arsenałem i niedowierzaniem personelu medycznego, który poklepał po plecach i życzył szczęścia z krzywym uśmiechem. Na twarzach bez wiary. Poszłam zupełnie sama… Nie wiedząc jak, krążąc po omacku, bez celownika,  bez amunicji. Biłam się w panice, zagryzając zęby z bólu i pokonania, w zwątpieniu, w bezsilności… wytoczyłam wszystkie działa – nawet te, które całkiem logiki pozbawione były... 
Chcesz zobaczyć niezłomny obrazek heroizmu i mnie jak zatykam flagę zwycięską na szczycie gdzie jego trup... Ale to wygladało zupełnie inaczej. 
Pełne było wątpliwości i upadku, braku człowieczeństwa a wypełnione zranionym zwierzęciem, które skamli by dobić, bo nie da rady się już czołgać.  Wyrywałam paznokcie, by nie czuć bólu a jednocześnie modliłam się do niego, by już odebrał wszystko, by się nie pastwił, bym nie czuła jego zapachu jakim przesiąkło wszystko w mojej okolicy. Oddech śmierci - zimny i skoncentrowany lekami. Wypociłam całą siebie - resztki człowieka jakim byłam. Zwinięta w kłębek na podłodze z ręcznikiem w zębach, by krzyku nikt nie słyszał... Do skrajów siebie była we mnie nienawiść i błaganie. Obojętność na wszystko co kiedyś stanowiło treść mojego życia... zegar, który nagle zaczął wyznaczać kolejne fiolki ulgi jedynie, po których przez chwilę było możliwiej... Mój wróg. Jedyny mój przyjaciel. Zasiedlił ciało bólem odłączając działaniem liczne tkanki, wgryzł się we mnie i zjadał mnie żywcem. Obdzierał ze mnie samej jak pomarańczę ze skórki – odbierał emocje i dawał ich nadmiar jednocześnie. Przyniósł bezsilność i godziny całe bezsenności prowadzące wąską uliczką bez wyjścia do rezygnacji, w wypełnieniu jedynie pokonaniem zbyt silnym przeciwnikiem. Pełzając po podłodze, zwinięta w kłębek z bólu, zmęczona do skraju możliwości miałam w sobie rozpacz i sprzeciw. Krótkie „nie” szeptane resztką słów w ostatnich czystych komórkach ciała. Miałam upodlenie, zwątpienie, stratę, samotność, strach i ból i to jedno zacięcie, które mozolnie pazurami wyrywało mu żer z ust. Nikt,  żaden nikt – poza mną jedną - mu nie przeszkadzał. Może dlatego, że wciąż żyłam. Pozbawiona sił, urody, wychudła, obolała, sfrustrowana, załamana… ale żywa. Może dlatego… że byłam niepokorna choć na kolanach... wyniszczona. Że potrafiłam...
Tak, to prawda jest - zatłukłam go na śmierć. Własnymi metodami. Nie podniósł się już. Nie wstał, choć zostawił cień swojego we mnie istnienia. Gdybym dziś stanęła z nim ponownie oko w oko zrobiłabym to jeszcze raz - bez drgnięcia dłoni, bez zająknięcia, bez zmrużenia powieki choć mam świadomość tego z jakim upodleniem i bólem się to wiąże i jak bardzo mało jest wtedy dumy i patosu. Dlatego nie pytaj mnie o mój wstyd  przeczołgany po podłodze limitem wygranym ze śmiercią. W którym jest tylko słabość i bezsilność.
Ale wiedz...
Że dziś zabiłabym go również.  
By żyć.

Tomasz Alen Kopera - J13
(http://alenkopera.com)

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Ciszą słów powiedziane

moje nieme słowa
nie trafiają
jakby ścieżki
wszystkie zabłądziły 
w lesie
dla ich stóp
nie brzmią
milknąc 
po pierwszej literze
skradając się
na palcach
by nie zdradzić
odkryte zbyt
tracą wymowę
i tkwią 
pod językiem myśli
niewypowiedzianych
uwięzione
nie krzyczą
chowają się 
jak myszy przed kotem
by zbyt nie rzucać się
tym
co tkwi
głęboko 
zatknięte jak sztandar
na wietrze
mojego ducha
którego nie słyszy
nikt
żaden
i tylko widać
jak zza krat rzęs
wyglądam oknami
oczu
zagubiona
oddycham
złudzeniem wrażenia
że mogę
...

Joanna Sierko - Filipowska - Ponad 
(https://www.pinterest.co.uk/pin/531847037216042881/)
Znalezione obrazy dla zapytania joanna sierko filipowska

sobota, 30 grudnia 2017

Tylko mnie kochaj...

Widzi pan we mnie tylko ciało. To oczywiste na swój sposób. Samotna kobieta przy barze sącząca kieliszek niskoprocentowego alkoholu... i ten głód w pana oczach jaki dotyka bezpośrednio moich ud. Ma pan jego oczy... też jest taki zdecydowany i konsekwentny, kiedy dąży do celu. Ale kiedyś...
Kiedyś bawiliśmy się w naszym miejscu na ziemi. Ma pan takie miejsce? Każdy powinien je mieć... choć przez chwilę. Dla nas to był strych w domu jego dziadków. Pełen tajemnic i zakątków do jakich nikt nie ważył się zaglądać. Nikt poza nami i pająkami, które zasnuwały pajęczynami cienie - zauważył pan, że pajęczyny noszą w sobie światło? Ta lepka nić osiadająca na twarzy, kiedy z nieuwagi zagląda się ciekawością nie tam gdzie powinno się być.  Nie może pan tego pamiętać, bo to nie pan całował mnie tam pierwszy raz. Świat tak wirował od zadyszki pulsu w dłoniach a on dotykał mnie tak jakbym miała zniknąć... tak udawałam. Udawałam, że boję się burzy. Udawałam, bo chciałam poznać smak jego ramion wokół mojej talii... jego smak. Burza szalała ale przestaliśmy to zauważać, bo w nas toczyło się większe tornado. Zatonęliśmy wtedy w sobie na dłuższy czas... obietnicą, że zawsze... nastoletni czas jest taki szczery w chęci dotrzymania. To dorosłość wymazuje prawdę kłamstwem.
Wie pan, że nigdy nie czułam się już tak bezpieczna jak wtedy. Tam na tym strychu, do którego biegłam w każdej wolnej chwili, by go spotkać. By z nim być.
Łapaliśmy motyle marzeń w siatki biegając po łąkach na bosaka i przynosił mi w dłoniach garść wody z pobliskiego źródła, by ukoić upał. Albo uczył mnie jak latać w śniegu, kiedy się wywróci i można namalować rękami skrzydła na miękkim puchu. Jego usta miały smak wanilii i pieprzu.
Kiedy odszedł pierwszy raz płakałam na tym strychu, siedząc w jego fotelu. Wciąż był tam zostawiony jego zapach. Nie byłam gotowa na koniec świata, ale nikt mnie o to nie zapytał... a ona, po prostu pojawiła się w jego uczuciach nagle i niespodziewanie. Jak tsunami pochłonęła go całkiem nie zostawiając nawet skrawka.
Najpierw byłam smutna a potem zła. Ale ułożyłam sobie czas po swojemu.
Mój mąż? On mnie nigdy nie kochał. Widział tylko portfel i możliwości. Byłam stopniem od którego mógł łatwiej wybić się w towarzystwie. Jest cenionym fachowcem, doskonałym dyrektorem i bogatym kolegą, z którym można iść na drinka. Jest też fantastycznym kochankiem. Nie, nie dla mnie... ja byłam tylko żoną... Tak byłam. Kiedy osiąga się zamierzony cel środki jakie do niego doprowadziły są już zużyte, wiec nie ma sensu nadal trzymać ich na półce... rozwód był niezwykle kulturalny i zgodny - choć wynikał z niezgodności charakterów.
Umierałam... każdego dnia bardziej. Nie widząc celu. Dzieci? Nawet do tego się nie nadawałam... krótkie słowa lekarza - nie będzie pani matką o posmaku braku jaki wyrył się w mojej duszy ołowiem. Kobiecość umiera kiedy okazuje się pozbawiona smaku macierzyństwa - przynajmniej u takich kobiet jak ja... nie wiedziałam, że to nie moja wada tylko świata - że brak miłości potrafi wytrzebić każde pole... że wystarczy tylko chwila czucia... nie wiedziałam...
Dlaczego to panu mówię? Nie wiem... chyba po prostu nadszedł czas. Kiedy milczenie jakim zawsze zakrzykuję ciszę przestało wystarczać. A pan... no cóż jutro nie będzie mnie już pamiętać... choć teraz mnie pan kocha. Te słowa tak mało znaczą w męskich ustach - jakby ktoś wyprał ich znaczenie. Mnie nikt nie kocha, choć tak wielu to mówiło... tylko po to by dostać czego chcieli. Potem miłość ulatniała się jak alkohol z wina w pozostawionym kieliszku.
Wojna dorosłości... dzień po dniu coraz bardziej wytraca się siebie. Nie ma już bezpiecznych zakątków tylko ostra amunicja w rękach wszystkich dookoła... tak trudno odnaleźć się w świecie zapomnianym przez boga, na którym ludzie udają, że są szczęśliwi... a ja tylko chciałam być kochana.
Wie pan, że on wrócił... szukał mnie na tym strychu - bo tam był ten bezpieczny schron przystani dla naszych rozbitków. Zawsze. I od zawsze. Tak... znalazł mnie, nie, nie tam. W mojej firmie, w której zabijałam samotność poranków i wieczorów, i wiedział, że wystarczy dotyk jego oczu - wystarczy by uczynić mnie należną jemu. Bo ja tylko do niego przynależę. Ona przestała się liczyć dla niego - jaka szkoda, że nie zapytałam wtedy dlaczego. Nie mogłam wiedzieć, że jest chora. A może nie chciałam... nie byłam gotowa znów na stratę... Głupia - jak można stracić coś czego się nigdy nie miało. Dowiedziałam się jednak. Ludzie są tacy usłużni w podkładaniu nóg - na to zawsze można liczyć... więc poinformowali mnie. Chciałam nie pamiętać. Chciałam wygłuszyć i zatopić wszystko co stało na drodze...
Utonęłam więc w tym szczęściu jakie - zdawało mi się - otrzymałam wreszcie od losu. Kupowałam wtedy sukienki - bo on najbardziej lubi mnie w sukienkach - i buty na obcasach. To nic wyjątkowego - większość facetów lubi kobiety na obcasach, a on... on chciał oglądać moje stopy na podwyższonych sandałach. Lubiłam ten zachwyt w nim kiedy szłam w ten sposób jaki przyciągał jego wzrok do moich bioder. Dziś też mam na nogach paseczki na obcasach - takich jak lubi, dwanaście centymetrów podwyższenia... jego pożądanie gasi zawsze ból mojego kręgosłupa. Ale dziś czuję igłę w kręgach bardziej dotkliwie, bo przecież antidotum tu nie ma.
Przedwczoraj odprowadziłam go na lotnisko. Musiał wyjechać na konferencję... wcześniej uprasowałam mu koszulę - tą niebieską - która tak ładnie podkreśla kolor jego oczu. Założyłam te sandały i czerwoną sukienkę - jego ulubioną. Karmiłam się jeszcze jego zachwyconym błyskiem w oczach i smakiem wanilii pieprzu... Odprowadziłam go. Nie wiedział, że kiedy wróci mnie już tu nie będzie dla niego. Odprowadziłam go, choć wiedziałam, że to tylko pretekst... jedzie do niej. Wiem, że leczenie przyniosło efekt - rozmawiałam tydzień temu z jej lekarzem. Tak - tym samym, którego opłaciłam, by dobrze ją leczył. No i udało się... moje wyrzuty sumienia nieco ogłuchły...
Dziś on patrzy na jej biodra - i nie wątpię, że ich ruch jest znakomicie podkreślony wysokimi obcasami...
Tak wiem, że jestem piękna - to miłe, że pan zauważył. W uległej i bardzo zdyscyplinowanej samotności potrafię być piękna jak nikt.  Nie... nie ukoję dziś pana tęsknot moim ciałem. Chciałam tylko by mnie pan wysłuchał... znajdzie pan inną przystań. Być może bezpieczniejszą. Ja już nie zdążę. Wyjeżdżam...
Jeszcze tylko... pójdę kupić sobie buty na płaskich podeszwach. To chyba rozsądne, kiedy ma się zostać matką...

Ed Sheeran - Give Me Love 

czwartek, 28 grudnia 2017

Najważniejsze...

Proszę mi pozwolić mówić... podobno do nieznajomych jest łatwiej. Wie pani co znaczy zakochanie? Takie, które odbiera cały rozsądek i wysysa rozum do cna? Kiedy brakuje oddechu tylko dlatego, że brak, że właśnie wyszedł, że nie ma... i czuje się pani jakby to była pustynia w środku dnia, kiedy słońce pali i doskwiera pragnienie - tyle tylko, że nie wody, ale obecności. Pragnienie obecności tak dotkliwe, że wypiera z myśli wszystko inne i nagina wszelkie prawdy tylko dlatego by był, by dotknął, by patrzył...
Zakochanie... takie emocje jak na huśtawce - niezmiennie w ogromnej amplitudzie... a miłość? Jak zdefiniować coś tak nieuchwytnego i tak znaczącego? Potrafi pani? Ja nie umiem nazwać, nawet nie umiem powiedzieć, bo boję się czasem, że kiedy wypowiem umknie zbyt dużym światłem rozjaśniona... tak ma pani rację - to infantylne u dorosłej kobiety.
Czuję... tak wiele czuję. Tak, to prawda co pani mówi. To ma znaczenie - ogromne. Wypełnia mnie całą i w każdej chwili - szczęściem i bólem. Ambiwalencja tak ogromna, nie do pokonania.
I wiem, że znów obudzę się rano i pomyślę o tym jak on się budzi. Jak niespiesznie dotyka go poranek powoli zwracając mu świadomość. Myślę o tym jaki odcień mają jego oczy zaraz po dotarciu do nich wstającego dnia - załamania światła w tęczówkach... wyobrażam sobie jak to jest móc zobaczyć go właśnie o takiej porze. Jak smakuje jego zapach i którą barwę przyjmuje... tak chciałabym mieć taką wiedzę dostępną dla tych, którzy są najbliżej... móc obudzić się obok niego - kiedy jeszcze śpi, by w milczeniu dotykać wzrokiem tego jak marszczy czoło przez sen i jak drgają mu powieki, kiedy są zamknięte. Lubię mu się przyglądać kiedy tego nie widzi... kiedy zamyślenie powoduje, że odchodzi ode mnie na chwilę gdzieś daleko... Gdyby on jeszcze spał a ja mogłabym się przyglądać, wie pani co bym wtedy zrobiła? Opowiedziałabym mu miłość. Tak jak opowiadam pani dziś... tylko bez tego wina, z większym uczuciem. Bo ja nie umiem do niego mówić bez czułości i bez nadmiaru zmysłów... umiem tylko tak prawdziwie i opowiedziałabym mu pewnie szeptem, żeby go nie zbudzić. Opowiedziałabym całą tęsknotę, tkliwość i ciepło jakie dla niego mam... a on znów nie wiedziałaby jak bardzo jego jestem. Nie wiedziałby tego wcale, bo nie słyszałby tego co mówię w jego śnie. Nie wiedziałby, jak nie wie...
Dotykam ust? No tak... jest pani spostrzegawcza. Dotykam, bo kiedy myślę o jego ustach, bezwiednie przemykam palcami po moich. Taki substytut niewystarczający zupełnie. Bo w jaki sposób powtórzyć taką wrażliwość i delikatność z jednoczesną nutą władczości? Wie pani... cała jego czułość mieszka w tych ustach zamknięta i wydobywa się kiedy otwiera usta... potrafi nimi malować, przeważnie grzech. Bo nikt tak jak on nie potrafi grzeszyć zrywając gwiazdy te należne i te, po które nikt nie ważył się sięgnąć. A on je zbiera jakby to były jabłka do koszyka.
Tak to prawda... myślę o jego przebudzeniu. I kiedy przygotowuję sobie kawę patrzę na moje dłonie jak dotykają kubka. I widzę wtedy jego dłonie. Z długimi palcami i równo przyciętymi paznokciami. Uwielbiam jego dłonie - z tą całą ich uwagą dotyku i delikatnością jak muśnięcia skrzydeł motyla, z zachłannością jakby jutra miało nie być, karmiących głód niespełnienia nagłą możliwością... wie pani jakie to uczucie taki dotyk?
I ta jego ciekawość... nie, nie ciekawość - to chęć poznania do samego kresu. Wszystkiego. Tak bardzo chciał poznać całą historię mnie... i te najgorsze wspomnienia okrasił potem pocałunkami, jakby chciał zetrzeć ustami ze mnie cały ból i pokazać mi, że akceptuje... taki rodzaj zrozumienia - jakby brał na siebie część winy, a może nawet całą.
Bliskość... inna nazwa miłości. Ta najbardziej intymna.
Wie pani, że intymność nie polega na nagości? Pani ma tą świadomość... a ludziom wydaje się, że kiedy zrzucą ubrania to doświadczają intymności z drugą osobą pozbawioną ubrań. To takie złudne. Prawdziwa intymność to nagość duszy. Z nim... wie pani, to niebywałe jak bardzo z nim można czuć chęć obnażenia wszystkiego. Bez jego nacisku, bez dociekania a jedynie w wyrozumiałości, w zrozumieniu... w przytuleniu jakie zawsze chce się czuć.
Tak, to prawda - nie zamierzam zaprzeczać - myślę o nim zaraz po obudzeniu i myślę, kiedy idę spać. Myślę o milionach szczegółów jakie się z nim wiążą... i chciałabym żeby czytał szczęście w moich oczach każdego dnia - to szczęście jakie rozbłyskuje tylko dla niego i tylko przy nim. Bo tylko on potrafi je ze mnie wydobyć prawdą.
Myślę o nim... i jestem wtedy szczęśliwa. Czy pani czuła kiedyś takie szczęście?
A taki ból...
...kiedy przychodzi na myśl to zdanie powiedziane jego głosem przez telefon na prośbę o więcej? Nie wie pani jakie... to zdanie: "przecież wiesz, że to się nigdy nie zmieni"?
Milczy pani... Tak, to wino jest dziś cierpkie...

Victor Bauer - Ocean Breeze IX (http://www.victorbauer.com)